skafander-i-hiena blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 2.2013

    Złupiwszy komunikację miejską na kwotę 2,80pln znalazłam się w domu.
    Po czym zostałam zaproszona do kina na Brusa,o czym napiszę inną razą,gdyż relacja piśmienna została w domu.
    Dziś opowiem o sobie.
    Zaniemogłam bowiem w okolicznościach tajemnych i nieznanych na drugi od prawej palec lewej nogi.
    Nie jest to dolegliwość,bo mi nie dolega,jest to rzadko spotykana uciążliwość gdyz mi Uciążliwia.
    Po polsku można to ująć słowami”jak chodzę to mi palec chrobocze dziwnie jakbym miała dodatkowy staw gdzieś w środku”.
    Oraz mrowi.
    Znaczy mrowi jak już zachrobocze.
    Dzieje sie to najczęściej gdy używam stóp.

    W tem pięknem dniu słoneczno-zimowym postanowiłam udać się na wycieczkę do miasta.
    Zachciało się burżujce jednej,rozpasanej zmienić dostawcę internetu,skutkiem czego od stycznia nie mam w domu internetu mimo,że nowa umowa zawarta została w połowie grudnia.
    Toteż odziawszy się do pory roku odpowiednio,wyruszyłam w drogę.
    Brak pomyślunku i nagłość decyzji srodze mnie kosztowały!
    Umyśliłam sobie bowiem,że do miasta dostanę się za pomocą autobusu.
    Jakież było moje zdziwienie,jakiż zawód nadziei płonnej,gdy okazało się,że autobus nieodmiennie odjeżdża o 10.04 oraz o 11.20.
    A była godzina 10.14.
    W głowie natychmiast postała myśl chytra a przebiegła,co też pierwiastek mój porabia,gdy na 11tą do szkół bieży,zawszeć twierdząc iże autobus o 10.20 odjeżdża?!
    Cóż było robić? Zamiar przedsięwzięty należy ukończyć.Toż teraz do dom wracać wstyd.co sąsiedzi powiedzą,gdy mię taką powracająca ujrzą? Że paniusia sobie SPACERY JAKIEŚ DURNE urządza i wytykać palcami potem będą i prześmiewać do siódmego pokolenia.A w prawie do takiego traktowania będą.Toż zachowanie takie nie przystoi damie czwarty krzyżyk noszącej,pani na włościach,matki dzieciom.
    Zawinęłam tedy połą płaszcza krasnego i dalejże w drogę sposobem pieszym.
    Dzień jak wspomniałam był pogodny,słoneczny,śnieg skrzył się srebrzyście migocząc w słonecznych promieniach,a miejscami jeszcze cieniem pokrytymi legł w sinych smugach.
    Poczęłam natenczas brnąć po intymne części** w kopnym śniegu,miękkim i miałkim a lepkim niemiłosiernie.
    Droga złociła się czarną wilgocią asfaltowej wstęgi.Wietrzyk lekki muskał bladą twarz mą od słońca odwykłą.Było ciepło i przyjemnie.Poddałam się zatem myślom i refleksjom a także rosnącej ekscytacji wywołanej przez ruch fizyczny.
    Mięśnie z początku oporne,zakrzepłe od ciągłych samochodów rychło przypomniały sobie dlaczegóż przodkowie zeszli z drzew i w mig poczęły gładko prężyć się pod modrą materią dżinsu.
    Dziarsko zarzuciwszy sobie umbrelę na prawe ramię szłam niezłomnie a hardo.W pogardzie mając niebezpieczeństwa błotnych rozbryzgów,które zdarzały się po przejeździe wyjątkowo okazałego automobilu,gdyż będąc uważną i czujną zdanżałam zawsze w porę uskoczyć.
    Wszystko mnie cieszyło wówczas;i śnieg i słońce i przelatujące od południa tiry i szalik niemrawo powiewający wśród nielicznych podmuchów i cały świat.
    A śnieg najbardziej.
    Sąsiad mój bynajmniej tego zachwytu nad białą pierzynką nie podziela.Śnieg jest jego wrogiem a on wrogiem śniegu.Odgarnia i usuwa ze swej siedziby nawet jak śnieg nie pada i od dni wielu nie padał.Podwórzec u niego wylizany niczym psia miska do której dobra gospodyni nasypała kaszy ze skwarkami.
    Czasem widzę jak powitawszy dzień charknięciem soczystym-co ma sąsiad mój w zwyczaju,staje i łapę w kułak zwinąwszy śniegowi wygraża.Bo jakże to ten śnieg,bezczelnie i bez pozwoleństwa na sąsiadową domenę się padać ośmiela?! Jakimż prawem samowolę tak przykrą sąsiadowi uprawia?A najgorzej jak się z wichrem północnym skuma i już nie tylko ten śnieg co prosto z nieba sypia,ale też ten co na moim dachu zgarnia i na sąsiadowy polbruk rzuca.Sąsiad nie wierzy w dla śniegu zabójczą moc słońca,ani w wiosnę.
    Ja takich uczuć dla śniegu nie żywię,ba lubię go i mile witam.
    Tak też na rozważaniach mijała mi droga.
    Nie wiła się ona w wężowych meandrach,po prawdzie to był tylko jeden meander/meandr.
    Dotarłszy do rogatek skręciłam na północ i dalej już po miejsku odśnieżonym traktem szłam dalej,mijając fabryki,składy i inne tego typu budowle.
    Wówczas ujrzałam na przystanku człeka.
    Stał on beztrosko i najwidoczniej sądząc po nonszalanckiej postawie na transport czekał.
    Podeszłam zaciekawiona takim stylem bycia gdyż według mojego chronometru,do najbliższego autobusu pozostała niemal godzina.Na cóż więc ten poczciwiec czeka?Może to ja w omyłce byłam?
    Zbliżywszy się zerknęłam niby ukradkiem na rozkład,potem z kieszenia wyciągłam czasomierz i dokonywałam obliczeń.Na to on podszedł ku mnie i zagadnął wesoło”dzisiaj będzie” .Co się oczywiście tyczyło autobusu.Wyprowadziłam go tedy z błędu pokazując,że autobus owszem dzisiaj będzie ale nie wcześniej niż za cztery kwadranse.
    Po czym ruszyłam dalej.
    Wyjaśniła sie także tajemnica autobusu o 10.20 gdyż minął mnie on jadąc z przystanku na który nie poszlam myśląc że nie warto nadkladac czasu i drogi.
    Wtem z nagła słyszę za sobą kroki spieszne,nagłe.
    Oglądam się,a to ów starszy jegomość szparko za mną bieży.
    Zatrzymałam się pozwalając mu zrównać swój krok z moim i dech złapać,gdyż zasapał się nieco tą krótką wszakże przebieżką.Postanowił imć pan za dobroć mu okazana odwdzięczyć się mi odprowadzeniem na przystanek najbliższy,mimo,że go poinformowałam,że w planach mam dojście aż do samego centrum miasta.Opowiedział mi o swojej zonie co to z nią już 46 rok i złotych godów nynie wyglądają,ja mu na to odporłam,ze ze szkół dziatwę zamiar mam odebrać z miasta popoledniem wracając.
    Jednakowoż,doszedłszy do przystanku okazało się,że za minut dwie nastąpi odjazd autobusu,który właśnie ku centrum zmierza.Skusiłam się na to i odczekawszy planowe dwie minuty wsiadłam do auta.
    Przyjechawszy do miasta zatrwożyłam się niezmiernie i niepojętno.
    Jakież mrowie luda!Ileż aut naokoło!Tuj bryczka,tu fura znowu,tam wóz autobusiasty!
    Odwykłam od ludzi i zdziczałam nieco na tym odludziu.Dziwnie mi i niezwyczajnie się w takiej ciżbie obracać.
    Wracam tedy do mojej samotni od świata rotundą kotów się otoczywszy,lektury w alkowie zażywać.
    Do widzenia państwu.

    *-kretes
    **-po kostki


    • RSS